poniedziałek, 17 grudnia 2012

2 miesiące w Chinach


                Jak z bicza strzelił minęły mi 2 miesiące w Chinach. Ani to krótko ani też specjalnie długo. Nikt nie może oczekiwać, że po tym czasie znam ten kraj. Znam go „jako tako” albo nawet wcale. W końcu w tym czasie cały czas przebywam w jednej jedynej prowincji, do tego nie największej. Pozostaje także bariera językowa, która dość skutecznie przeszkadza w obserwacji „fauny i flory” Chin. Jakieś tam zjawiska jednak udało się zauważyć, jedne fajniejsze, inne mniej, jak to w każdym kraju na naszym „ łez padole”.
                Napewno to piękny kraj, choć akurat prowincja Guandong, jako jedna wielka fabryka, nie sprzyja temu, żeby zakochać się w naturze i kulturze Chin. Oczywiście jak się trochę poszuka to też można znaleźć miejca piękne, które będą trochę namiastką tego co, mam nadzieję, można zobaczyć w innych prowincjach. Szczególnie wiele tu parków, są też mniejsze lub większe górki, więc jest gdzie odpocząć od zgiełku miasta. Zauważyłem ostatnio, że Chińczycy bardzo dbają albo może próbują dbać o formę fizyczną. W jednym z parków jest przygotowana trasa wokół jeziorka, ok. 600m. Po przebiegnięciu, przejściu czy kto co woli, można sobie zbadać serce, ciśnienie, tętno itd. Za zupełną darmoszkę oczywiście. Widziałem, że wiele starszych osób z tego korzysta. Jest też mnóstwo wypożyczalni rowerów i innych miejsc rekreacyjnych.
                Chiny to chyba wciąż taki niedkryty dla Białych zakątek. Nawet w Kantonie, który przecież jest jednym z największych i najważniejszych chińskich miast, nie jest tak zupełnie łatwo spotkać bladą twarz. Oczywiście jest ich więcej niż w Dongguan, ale i tak jakoś trudno ich wypatrzeć wśród milionów Chińczyków. Przed przyjazdem do Kantonu myślałem, że może będzie tak jak w Hong-Kongu, czyli dość „swojsko”. Jednak tak nie jest. W dalszym ciągu te „pełne zaskoczenia spojrzenia” dają do zrozumienia, że tu są Chiny i koniec!
                      Chiny to kraj kontrastów. Widziałem wiele miejsc, które, lekko mówiąc, były dość ubogie. To samo z ludźmi, którzy pracują w fabrykach, mieszkają w jakichś klitkach, nie stać ich  chociażby na telewizor. Z drugiej strony jak się pojedzie do takiego Kantonu, to można dostać oczopląsu. Ludzie wyglądają inaczej, inaczej się ubierają, są jakby więksi, od razu widać, że to ta jaśniejsza strona kraju. Wieżowców w Kantonie jest tyle ile pewnie w całej Polsce nie da się naliczyć. To samo z metrem. Minie pewnie ze 100 lat zanim Warszawa będzie mogła się pochwalić tak rozbudowaną siecią jak w Kantonie. W ciągu kilku minut można się przenieść z jednego świata do drugiego. Tak to tutaj wygląda!
                Ja osobiście czuję się dobrze na chińskiej ziemi. Wiem po co przyjechałem, mam jakiś tam mniej lub bardziej określony cel, który chcę zrealizować. Wyjechałem z Polski już 7 miesięcy temu, więc coraz bardziej mam ochotę, żeby wrócić i naładować akumulatory. Na szczęście na horyzoncie coraz bardziej pojawia się ta perspektywa, więc nie mogę się doczekać urlopu w Polsce. 
                   Ta melancholia jest spowodowana pewnie zbliżającymi Świętami. Na szczęście pogoda za oknem pozwala o tym zapomnieć, a może raczej pozwala o tym nie myśleć:)
                    Poza tym pisałem tego posta w dość urokliwym otoczeniu, więc może dlatego jest poważnie i sentymentalnie:D






4 komentarze:

  1. Za 2 msce w Chinach to bym się nie obraziła.I u nas też by się przydało badanie ciśnienia i serca po bieganiu. Życie w totalnie obcej kulturze musi być zaskakujące.

    OdpowiedzUsuń
  2. :)Najgorsze są pierwsze 3 m-ce. U Ciebie minęło 7,ale z tego 5 w Wietnamie.Te chińskie możesz (musisz) liczyć od nowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby te miesiące w Wietnamie zaliczać pod Chiny. Geograficznie blisko, a pod każdym innym względem daleko.

      pozdrawiam

      Usuń